Mówią, że kolarstwo to sport prosty: wsiadasz i kręcisz. Ale kiedy przygotowujesz się do przejechania setek kilometrów, ta prostota zaczyna boleć. Dosłownie. W plecach, w kolanach, w karku. Dlatego w szóstym tygodniu przygotowań postanowiłem przestać zgadywać i oddać się w ręce profesjonalisty. Wybór padł na warszawski salon Never Enough, a konkretnie na człowieka, który o geometrii ciała na rowerze mógłby napisać doktorat – Piotrka.
Wchodząc do Never Enough, myślałem, że wiem, jak siedzieć na rowerze. W końcu przejechałem w życiu setki kilometrów. Piotrek szybko jednak wyprowadził mnie z błędu, choć zrobił to z taką pasją i kulturą, że nawet te kilka godzin „tortur” (czyt. precyzyjnych pomiarów i testów ruchomości) było czystą przyjemnością. Bikefitting to nie jest tylko ustawienie wysokości siodełka. To głęboka analiza tego, kim jesteś jako człowiek, zanim w ogóle dotkniesz pedałów.
Piotrek zaczął od „pastwienia się” nade mną na macie. Sprawdzanie zakresów, gibkości (a raczej jej braku), symetrii bioder i stabilności stóp. Wyglądało to trochę jak badanie u fizjoterapeuty połączone z przesłuchaniem. „Tu cię ciągnie? A tu czujesz ucisk?”. Każda moja odpowiedź była klockiem w układance, którą Piotrek układał w swojej głowie, by idealnie zestroić mnie z moim nowym rowerem.
Kiedy w końcu wsiadłem na rower ustawiony na trenażerze, zaczęła się magia. Piotrek z niesamowitą cierpliwością korygował ustawienie bloków w butach Fizik, manewrował kierownicą i milimetr po milimetrze przesuwał siodełko. To fascynujące, jak drobna zmiana, niemal niewidoczna gołym okiem, potrafi natychmiast odciążyć lędźwie czy sprawić, że noga zaczyna pracować płynniej. W Never Enough nie ma miejsca na „chyba jest okej”. Tam musi być idealnie.
Piotrek to typ pasjonata, którego chcesz spotkać na swojej drodze. Nie tylko ustawia rower, ale tłumaczy mechanikę Twojego ruchu. Dzięki niemu zrozumiałem, dlaczego do tej pory pewne odcinki trasy były dla mnie katorgą. Teraz, kiedy moja pozycja jest zoptymalizowana, patrzę na wyjazd do Girony z zupełnie innej perspektywy. Już nie martwię się o to, czy moje ciało wytrzyma 7 godzin w siodle. Wiem, że dzięki precyzji Piotrka, moje siodło i ja jesteśmy teraz w pełnej symbiozie.
Jeśli planujecie w tym roku jakikolwiek większy start, albo po prostu chcecie czerpać z jazdy więcej frajdy, bikefitting to najlepiej wydane pieniądze na sprzęt, jakie możecie sobie wyobrazić. Bo nawet najdroższy gravel, nie pojedzie sam, jeśli jego kierowca będzie walczył z bólem zamiast z trasą. Szewc w końcu ma nie tylko buty, ale i idealnie ustawione „kopyto”.
Kierunek: Girona! W Never Enough udowodnili mi, że komfort to nie luksus – to podstawa sukcesu.

