Stało się. Słowo zostało powiedziane, bilety kupione, a mój Romet już nerwowo zerka z kąta. Lazy Cycling Club rusza na The Traka do Girony. Brzmi dumnie, prawda? Jak zapowiedź epickiego dokumentu na Netflixie.
Rzeczywistość jest jednak nieco mniej filmowa, a bardziej… „cukiernicza”. Kiedy ogłaszasz światu, że za 9 tygodni zmierzysz się z najlepszymi gravelowcami Europy w samym sercu Katalonii, oczekujesz, że następnego dnia obudzisz się z nogami jak u van Aerta i ambicją godną Pogacara. Tymczasem jedyne, co się obudziło, to mój wewnętrzny demon, który ma na imię cukier i bardzo, ale to bardzo nie lubi zwrotu – deficyt kaloryczny.
Walka z demonem kanapowym
Pierwsze tygodnie przygotowań to nie jest walka z przewyższeniami. To walka z grawitacją własnej kanapy. W kolarstwie „lazy” najtrudniejszy interwał to ten między „może bym pojechał” a „gdzie są moje buty”. Mój organizm, przyzwyczajony do tego, że rower służy głównie do dojeżdżania do najlepszych kawiarni w mieście, nagle dostał informację o nadchodzącym progresie. Zareagował tak, jak każda szanująca się leniwa bestia – nagłym atakiem potrzeby drzemki po każdym przeczytanym artykule o treningu tlenowym.
Trudny rozwód z drożdżówką
W Coffee Race kawa i ciacho to duet nierozerwalny. To fundament naszej kultury. Jednak przygotowania do The Traka wymusiły na mnie pewną ascezę. Odstawienie słodyczy to proces bolesny. Człowiek nagle zauważa, że każda piekarnia po drodze pachnie intensywniej, a jabłko, które ma być „zdrową alternatywą”, patrzy na mnie z wyrzutem, bo wie, że w głębi duszy myślę o serniku. Ale hej, w końcu znalazłem te buty, o których pisałem wcześniej, i głupio byłoby ich teraz nie zawiązać tylko dlatego, że sernik był zbyt kuszący.
Dlaczego Girona?
Wielu pyta: „Po co ci to? Przecież możesz pić kawę w Warszawie czy Poznaniu”. No niby tak. Ale Girona to stan umysłu. To miejsce, gdzie kurz na owijce ma smak historii, a podjazdy weryfikują każde kłamstwo, które powiedziałeś sobie podczas zimowego treningu. Jadę tam nie po to, żeby wygrać (choć mój wewnętrzny optymista twierdzi, że podium w kategorii „najbardziej uśmiechnięty zawodnik na bufecie” jest w zasięgu). Jadę tam, żeby udowodnić, że Lazy Cycling Club potrafi wyjść ze strefy komfortu, nie tracąc przy tym radości z jazdy.
Przez najbliższe 9 tygodni będę Was zabierał za kulisy tej przygody. Bez lukru (dosłownie i w przenośni). Będą poty na trenażerze, będą testy nowego Rometa, będzie magia fittingu i walka o każdy gram… sprzętu, bo z moją wagą walczy się znacznie trudniej.
Trzymajcie kciuki za moje starcie z demonami. Ten tydzień kończę z wynikiem: Ja 1, Pączki 0. Ale mecz trwa 9 tygodni, a u mnie to dopiero rozgrzewka przed hiszpańskim słońcem.

